1 procent

13 I 2007 roku to była sobota. W poniedziałek zaczynał się urlop. Kto zna specyfikę mojej ówczesnej pracy, ten wie, że urlop w tym okresie to niemal niemożliwość. Ale udało się. Miałam ciężko wypracowane trzy dni, by pojechać do domu, do Sandomierza i przerejestrować auto na siebie, bo dotąd nie było na to czasu..
I w sobotę już wyruszyłam.

To był bardzo wietrzny dzień, Polska pod znakiem wichur. Na drogach leżały oberwane gałęzie. W radio podawano kolejne zablokowane drogi.. Nagle, na prostej drodze, straciłam panowanie nad autem. Zepchnęło mnie w bok, chciałam wyrównać, ale zjechałam na przeciwną stronę jezdni. Skręciłam gwałtownie, by wrócić na swój pas ruchu i wpadłam w rów.
Dachowałam, ale o tym dowiedziałam się już po fakcie.. Obudziłam się wisząc głową w dół. Trzymały mnie pasy bezpieczeństwa. Przed oczami miałam kierownicę i dyndającą bezwiednie prawą rękę w pomarańczowej rękawiczce. Nie mogłam niczym ruszyć. Ręka majtała się „sama”. Bolała mnie szyja.

Pomyślałam: skoro się ocknęłam, to znaczy, że straciłam przytomność, a skoro straciłam raz, to może się zdarzyć to znowu. Zaczęłam więc do siebie na głos mówić, żeby nie „zasnąć”. To była modlitwa. Modliłam się o cud, potem, żeby mnie szybko ktoś znalazł, żebym trafiła na dobrych mądrych lekarzy i rehabilitantów. Chyba jeszcze tak „gadałam” do siebie, gdy ktoś zapukał przez szybę. Pewien pan – pytał jak się czuję. Powiedział, ze jechał za mną, że już wezwał pogotowie, żebym się nie martwiła. Zapytałam jak ma na imię. Marcin. Czy ma dzieci? Miał. Dwójkę, córkę i syna.

Pomyślałam: skoro jechał za mną i już tu jest, to chyba ta moja nieprzytomność nie trwała długo.. Przyjechało pogotowie. Nie było możliwości mnie wydostać. Trzeba ciąć drzwi. Czekamy na straż pożarną. Przed oczami miałam maskę samochodu, strumykiem wypływał jakiś płyn. Zastanawiałam się, czy wybuchnie. Cięcie bardzo długo trwało. Auta się kiedyś porządnie robiło, a to był ten typ.  Pomyślałam: nie mam już siły, niechby mnie ktoś choć pogłaszcze po głowie. Śmieszne, co? I słyszę męski głos: dzień dobry, jestem lekarzem, proszę się nie martwić, to już niedługo. I głaszcze mnie po głowie..

Potem Płock. Diagnostyka. Sakrament Chorych. Ogromnie miłe panie pielęgniarki. Czekanie na helikopter. Kolejne godziny. To przez te wichury. Trzeba czekać. Czekamy. Helikopter niesie do Konstancina. Tam nie ma lotniska. Lądujemy ,,w polu,, i czekamy na karetkę. Karetka ugrzęzła. Czekamy na straż pożarną. Rozmowa przed operacją. Dwaj lekarze. Pytają, czy wyrażam zgodę, czy zdaję sobie sprawę z zagrożenia, czy mam pytania. Zapytałam, czy będę mogła mieć dzieci. Spojrzeli na siebie. Nie odpowiedzieli.

Wypadek zmienił mój świat. Mój i moich bliskich. Jestem całkowicie zdana na ich pomoc, na pomoc innych osób. Straciłam tamtą pracę. Ale powiem Wam, dzięki wypadkowi dane mi było poznać cudownych, wspaniałych, dobrych ludzi. Z każdej grupy zawodowej i niezawodowej. Wszystkie osoby, które pomagały i pomagają mi na co dzień. I widzę, jak pomagają innym.

Możliwe, ze nie będę miała jak się Im odwdzięczyć za ten ogrom dobra, które otrzymuję, ale może będzie można choć zmniejszyć ten ciężar jaki stanowię.

Jeśli zechcecie  możecie mi w tym pomóc:

1 % podatku: nr  KRS 0000270809 . Tytuł wpłaty: „Orłowska, 5183”

darowizna:  konto nr  62 1600 1286 0003 0031 8642 6001 . Tytuł wpłaty: Orłowska,5183

Bardzo Wam dziękuję za każdą wpłatę, dobre myśli, za każdy odruch serca. Dziękuję!

Reklamy